17 czerwca 2026

Kings of Leon udowodnili, że są zespołem, który mimo ponad dwóch dekad na scenie wciąż potrafi wywoływać emocje równie silne, jak na początku swojej kariery.

17 czerwca 2026 roku hala wypełniła się fanami spragnionymi gitarowych riffów, a amerykański band od pierwszych minut potwierdził, że przyjechał do Polski nie po to, by stworzyć show, ale właśnie po to, by pokazać, czym jest prostota czystego rocka.

Wieczór otworzył austriacki support Cari Cari, który spotkał się z ciepłym przyjęciem publiczności. Szczególne wrażenie zrobiła wokalistka, której mocny, charakterystyczny głos doskonale niósł się po arenie. Zespół swoją energią rozgrzał całą łódzką publiczność. Był to jeden z tych supportów, których nie traktuje się jako dodatku, a raczej jako solidne koncertowe dopełnienie.

W końcu przyszedł czas na gwiazdę wieczoru i na scenie pojawili się Kings of Leon!
Artyści niezmiennie wystąpili bez przesadzonej scenografii, bo zespół postawił przede wszystkim na muzykę, a to w zupełności wystarczyło, by porwać tysiące osób.

Otwierające koncert „Supersoaker”, „Bucket” i „Find Me” sprawiły, że publiczność ruszyła do wspólnego śpiewania. Kolejne utwory, takie jak „On Call”, „Radioactive” czy „Revelry”, tylko podkręcały emocje, którym nie było końca. Różnorodność repertuaru okazała się największą siłą tego wieczoru i prawdziwym strzałem w dziesiątkę!

„Mustang” – główny singiel z dziewiątego albumu studyjnego wywoływał kolejną, ogromną falę entuzjazmu! Utwór ten był publiczności doskonale znany, a dowodem na to była energia, która nie opadła nawet na chwilę.

Jednak to właśnie „Use Somebody” okazał się prawdziwym hitem. Hitem absolutnie magicznym i każdemu znanym, bo po prostu wszyscy głośno wyśpiewali słowa tego utworu. Był to zdecydowanie jeden z najbardziej wzruszających momentów całego koncertu. W takich chwilach doskonale widać, dlaczego pomimo 26 lat działalności zespół wciąż pozostaje w światowej czołówce.

Najbardziej sentymentalnym momentem tego wieczoru bez wątpienia okazał się utwór „Pyro”. Wielu fanów śpiewało ten przebój z zamkniętymi oczami, a światła telefonów rozświetliły całą łódzką Atlas Arenę.

Ostatnimi przebojami koncertu były „Seen” i „Black Thumbnail”. Jednak publiczność nie miała najmniejszego zamiaru wypuszczać zespołu ze sceny. To właśnie gromkie brawa i okrzyki spowodowały, że band ponownie wyłonił się zza kulis.

Bis wywołał prawdziwą eksplozję emocji, a gdy Kings of Leon powrócili na scenę i zagrali jeszcze „Space” i „Knocked Up” – publiczność ponownie wpadła w zachwyt!

Nie ma jednak żadnych wątpliwości, że to finałowe „Sex on Fire” doprowadziło Atlas Arenę do wrzenia. Hala eksplodowała śpiewem, a każdy kolejny refren był głośniejszy od poprzedniego.

Amerykańskie gwiazdy rocka ponownie dały w Polsce show, który pozostanie z nami na długo. Najlepszym dowodem na to był aplauz, który trwał jeszcze długo po zejściu muzyków ze sceny. To była prawdziwa, energetyczna, niezapomniana dawka muzyki na najwyższym poziomie!

Zespół Kings of Leon po raz kolejny udowodnił, że na żywo brzmi równie potężnie co na płytach. To był energetyczny, ponad dwugodzinny spektakl, w którym melancholia idealnie przeplata się z gitarowym, rockowym pazurem – podsumował występ Amerykanów w Atlas Arenie Marek Kurzawa z agencji Prestige MJM, która była organizatorem wydarzenia w Łodzi.

GALERIA